w tym tygodniu powinnam nosić kaganiec…

po wczorajszej oględzinie 'wyprzedaży’ utwierdziłam się jedynie
w przekonaniu, że zdolna jestem wyłącznie do zakupów w lumpeksach.

skutecznie zniechęcił mnie pałętający się wszędzie syf, przestylizowani ludzie i śmieszne ceny.
w Polsce okres, który właśnie nastał w żadnym wypadku nie powinien być nazywany 'wyprzedażami’. ja rozumiem 'sale’ w Stanach, gdzie koncerny wyprzedają całe kolekcje. Co prawda
za tanie cacko przypłacić można mechanicznym uszkodzeniem ciała, ale może warto?

u nas pseudowyprzedaże są zjawiskiem dość przygnębiającym.
to, co nie zejdzie, jest przerabiane i raczymy się tym w przyszłym sezonie
[ot sławetny inditex]

nie należę do osób skąpych, ale ceny ciuchów, których jakość woła
o pomstę do nieba- szczerze mnie przerażają…

powstał tu już prawie mini esej ku mojej rozpaczy, a tymczasem chciałam o czymś innym..

dr

fer

s

fot. Paweł

choć zasad ani specjalnie nie lubię, ani nie przestrzegam, nieświadomie ubrałam się
zgodnie z zasadą zawsze-czasami-nigdy.

w tym przypadku:
ZAWSZE- oznacza legginsy i sandały/bez tego nie ruszam się z domu!
CZASAMI- falbany czasami pogrubiają. na szczęście w moim przypadku taki zabieg jest wskazany
NIGDY-wbrew tegorocznym wizjom projektantów, łączenie różnych wzorów i motywów
bywa problematyczne. toteż określenie NIGDY w mym stroju reprezentuje kompilacja: kwiecista bluzka+ cygańska chusta

blouse- denim co
dress- atmosphere
scarf- vintage
bag- jackpot /
[dorobiłam się pierwszej prawdziwie skórzanej torebki.whoaaa]